Sunday, September 14, 2014

NYFW spring-summer 2015 favorites


Nowojorski Tydzień Mody już minął, zabawa przeniosła się do Londynu. Obiecałam przygotować subiektywny przegląd ulubionych kolekcji. Nowy Jork jest specyficzny - pokazy mają tam albo starzy wyjadacze (Donna Karan, Tommy Hilfiger, Ralph Lauren) albo młodzi, zdolni i nieznani. Z tym, że ci pierwsi mogą sobie pozwolić na wszystko, bo mają już wyrobioną markę - nieważne, co pokażą, i tak się sprzeda. Ci drudzy natomiast ze wszystkich sił starają się być oryginalni, nietuzinkowi i dalecy od mainstreamu. Jaki jest tego efekt? Przesyt rozmaitych, krzykliwych indywiduów starających się za wszelką cenę zwracać na siebie uwagę niecodziennym strojem, łączeniem kolorów i dodatków sprawił, że indywidualność przestała być atutem, a zaczęła być normą - każdy chciał się wyróżniać, w rezultacie znów wszyscy wyglądali tak samo. Jako przeciwwaga do tego zjawiska narodził się normcore. Niestety (a może, stety?) jak to w świecie się zwykle dzieje, fashioniści szybko podchwycili ten niuans i normcore stał się pełnoprawnym trendem. Obiektem pożądania stały się szerokie piżamowe spodnie, wielkie bezkształtne płaszcze i ortopedyczne klapki. Jeśli uległyście temu trendowi, nic nie szkodzi - przyszłej wiosny te paskudy wciąż będą hot - a jak już przestaną, za kilkanaście lat będą jak znalazł na turnus w Ciechocinku. Na dodatek wtedy będą już vintage!

Koniec końców, nie o tym miałam pisać, choć jedno z drugim się wiąże - długo długo nic nie wpadło mi w oko, bo wszystkie niemal kolekcje utrzymane były w stylu powyższym - tzw. sportowy minimalizm, białe total-looki, totalnie nie ja... Ale nawet z tego morza normcore'u udało mi się wybrać kilka ciekawych sylwetek. 

Nili Lotan - Normcore nie musi być brzydki - podstawą jest wygoda. Minimum wysiłku, maksimum efektu. Wszystko, czego potrzeba to sweter, koszula, spodnie, szorty i prosta do bólu mała czarna. 




Sally Lapointe - dopiero odkryłam to nazwisko, z pewnością będę je śledzić. Ciekawe proporcje, zaznaczona talia, kimonowy fason rękawów, świetne łączenie kolorów - połączenie beżu, czerni i pomidorowej torby wygląda obłędnie.




Marissa Webb - w palecie obok czerni i bieli pojawia się kobalt, wojskowa zieleń i metaliczny grafit. Nieco bardziej subtelna wersja militarnego trendu - zamiast topornych, pudełkowych żakietów i wielkich, ciężkich sukienek jak u Marca Jacobsa, Webb proponuje wiązane w talii topy i sukienki zakładane na dłuższe koszule. Fasony są bliższe kobiecej sylwetce. 




Gary Graham - te ubrania dzięki stylizacji wyglądają, jakby przeleżały 20 lat w zatęchłej piwnicy. Niechlujne, wielkie, powyciągane, połączone ze sobą bez żadnej konkretnej myśli. I w tym cała rzecz - to już normcore level 1000, z wyczuwalną nostalgiczną nutą grunge'u. Miazga <3




A Détacher - prostota kroju i interesujące, etniczne nadruki. Bardzo przyjemna paleta. 



Honor - nie wiem co mnie podkusiło, bo na co dzień nie pomykam w słodkich, szyfonowych sukienusiach, ale ta kolekcja mnie po prostu urzekła. Być może w głębi mojej czarnej duszy tęskno mi do takiej bajkowej krainy :)




Milly - ciekawy efekt uzyskany przez wykorzystanie oryginalnych tkanin w dość prostych krojach. Zabawa ażurami i przezroczystościami plus świetne nadruki (przytuliłabym i szary płaszcz, i bomber razem ze spódniczką).




Libertine - wisienka na torcie. Pierwsza myśl jaka przemknęła mi przez głowę - Jeremy Scott i Jean Charles de Castelbajac, ze szczyptą Vivienne Westwood. Szaleństwo kolorów, nadruków i materiałów z punkowym twistem. 



all pics - style.com

1 comment: